Łukasz Kornacki Wicemistrzem Polski

Relacja Łukasza Kornackiego, zawodnika AZM, z Szybowcowych Mistrzostw Polski w klasie Club 2017.

Drugie zawody w jakich zaplanowałem udział w tym roku to Mistrzostwa Polski w klasie Club.
Jednym z głównych powodów tego wyboru było to, że zostały one zorganizowane w Lisich Kątach – bardzo lubię to miejsce, do tego byłem blisko rodziny i w nielotne dni mogłem odwiedzić w Gdańsku żonę i dzieci. Po przyjechaniu w sobotę rano do Płocka zapakowałem szybowiec na Krakusa i mimo deszczu ruszyłem w podróż. Na szczecie z wózkiem miałem do zrobienia tylko 150 km, więc poszło sprawnie.

Łukasz Kornacki Wicemistrzem Polski

Pierwszego dnia pogoda nie zapowiadała się rewelacyjnie, ale dostaliśmy krótkie zadania i spotkaliśmy się na gridzie. Z powodu późnej pory i braku dostatecznych warunków Jamajka odwołał konkurencję zezwalając na loty treningowe. Od ponad dwóch miesięcy nie siedziałem w szybowcu, więc spragniony postanowiłem się przelecieć i przy okazji sprawdzić sprawność szybowca i przyrządów. Gdy się wykręciłem i przebiłem na północ pod cumulusy podstawy miały już ponad 2000 metrów (na koniec dnia 2500 metrów). Polatałem na północy i wschodzie, odwiedziłem Iławę i w sumie zrobiłem około 200 km. Pod silny wiatr ledwo udało mi się wrócić z ostatnich cumulusów do Lisich. Dzień w pełni wykorzystany.
Drugiego dnia pogoda była bardzo dobra – silne noszenia i wysokie podstawy. Zdecydowaliśmy z Lesiem, że spróbujemy polecieć w parze, choć oboje mieliśmy nie do końca sprawne radia (ale trochę się słyszeliśmy). Wiał bardzo silny wiatr (40 km/h), więc zanim wykręciłem podstawę na 2600 metrach zwiało mnie 20 km od lotniska. Pogoda miała być dobra, więc nie spieszyliśmy się z odejściem, do zrobienia mieliśmy prędkościówkę 250 km. Dzięki odczekaniu mogliśmy lecieć sami i nie przeszkadzały nam inne szybowce. Pierwszy bok z wiatrem poszedł bardzo sprawnie – krążyłem 2 razy, żeby przed punktem mieć z wiatrem jak największą wysokość. Drugi bok także szedł dobrze – zakrążyłem tylko 2 kółka, potem przeskok 85 km. Mimo silnego wiatru nie straciliśmy wiele wysokości.

Łukasz Kornacki Wicemistrzem Polski

Po drugim punkcie powrót pod szlak i tu trafiłem 5,5 m/s średniego. Wariometry zamknięte i ani drgną przez całe kółko, po 3 minutach byłem już 900 metrów wyżej i zgodnie z sugestią Lesia trzeba było lecieć, żeby nie naruszyć TMA Gdańsk na 2600 m. Szlak nadal pięknie nosił, więc musiałem lecieć 200 km/h, żeby nie dotknąć strefy. Niestety inny szybowiec który leciał niżej przed nami postanowił pod tym szlakiem mocno wybierać. Aby nie dopuścić do bliskiego spotkania musiałem trochę wybrać i po przejściu nad tym Jantarem dałem ostrego nura w dół. Według loggera do strefy zbliżyłem się na 10 metrów, póniejsza analiza pokazała że naruszyłem ją o 3 metry, a końcowy wniosek był taki, że mój najwyższy fix był 5 metrów pod strefę :). Chyba za bardzo się rozpędziliśmy i gdy musieliśmy zejść ze szlaku na ostatni punkt nie mieliśmy optymalnej wysokości. Do tego duszenia po drodze spowodowały, że po punkcie, na początku boku pod silny wiatr znaleźliśmy się na 1500 metrach zamiast 1000 metrów wyżej jak inne szybowce. Byłem pewien, że jest to bardzo duży błąd tego dnia i słono za niego zapłacimy w wynikach. Na szczęście po podkrędce w 3 m/s szlak bardzo ładnie podnosił i udało się zrobić pozostałe 70 km bez krążenia. Po wylądowaniu mocno się zdziwiłem gdy okazało się, że wygrałem tą konkurencję z prędkością 117 km/h, a Lesiu zajął drugie miejsce. Po drobnych modyfikacjach radia u Lesia trzeciego dnia nie mieliśmy już w ogóle łączności :). Mimo tego spotkaliśmy się na trasie i część lotu wykonaliśmy razem, choć bez wymiany opinii, przez co nie wyrywaliśmy tak dobrze do przodu jak poprzedniego dnia … Przed odejściem na trasę udało mi się dostać w noszenie falowe obok cumulusa. Nie było ono zbyt mocne, więc dało mi tylko niewielką różnicę wysokości ponad postawę Cu (Tomek i Mikołaj wykorzystali to dużo lepiej). Na pierwszym boku długo nie mogłem trafić dobrego noszenia i zrównałem się ze sporą grupą szybowców. Na skraju pierwszej strefy wykręciłem się w końcu do 2000 metrów. Po zawrotce znów miałem do przelecenia spory obszar o słabych noszeniach. Zdecydowałem się lecieć mocno w prawo od kreski i pod TMA Bydgoszcz, gdyż chmury w tamtym kierunku wyglądały obiecująco. Po obszarze mocnych duszeń i zejściu niżej w końcu trafiłem pod chmury, które zaczęły pracować i układać się w szlak. Po zawróceniu w drugiej strefie podreperowałem trochę wysokość w lepszym kominie i ruszyłem szybko do przodu, bo szlak wyglądał coraz lepiej. Kolejne 85 km do ostatniej strefy i do domu to szybka jazda bez kręcenia – pod szlakiem padał na mnie deszcz, ale też dobrze nosiło po prostej. Pomimo kilku drobnych błędów udało mi się zająć tego dnia trzecie miejsce z prędkością 104 km/h, co dało mi drugie miejsce w klasyfikacji generalnej.

Łukasz Kornacki Wicemistrzem Polski

Według prognoz mieliśmy mieć dalej słabą pogodę przez 3 dni, więc pojechałem po konkurencji do domu – Gosia i stęskniona Agatka ucieszyły się z tej niespodzianki, a Tomek pokazał mi jak nauczył się bić brawo :). Kolejnego dnia rano musiałem już wracać do Lisich bo na 12.30 mieliśmy grida. Lesiu zaciągnął mi szybowiec (dzięki Lesiu!) a ja dotarłem do niego już po czasie grida. Zanim przygotowałem się do startu, pod chmurą obok lotniska strzeli k porządny piorun i Jamaj odwołał konkurencje. Dobrze że miałem jeszcze samochód na gridzie – zdążyliśmy zaciągnąć oba szybowce na stojanki zanim rozszalała się burza. Lało około 1,5 godziny, burza rozrosła się na 100 km (powstała obok lotniska), a po wszystkim na płycie lotniska obok szybowców woda sięgała ponad kostki.

Łukasz Kornacki Wicemistrzem Polski

Kolejnego dnia dostaliśmy prędkościówkę 250 km. Pożyczyliśmy od Łysego (dzięki Łysy!) radio przenośne, więc tym razem słyszeliśmy się dobrze, jeżeli byliśmy blisko siebie. Nie gadaliśmy za dużo – więcej nawijali na naszej częstotliwości piloci z Mistrzostw świata (chyba Anglicy), które w tym samym czasie odbywały się w Lesznie. Po odejściu znów udało nam się wykonać większość lotu bez oglądania peletonu. Na początku trafiłem za Wisłą bardzo dobry komin, ale spodziewałem się dobrych warunków dalej nad Borami, więc go puściłem. Niestety potem było gorzej. Mimo tego leciałem w miarę stabilnym i równym tempem. Przed ostatnim punktem zdecydowałem się odpuścić 2 metrowy komin z nadzieją, że kolejne chmurki dadzą coś lepszego. Przeliczyłem się i na koniec przelotu musiałem zwolnić aby dokręcić się w słabszych noszeniach. Lesiu rozegrał to lepiej i trafił konkretny komin. Moja strata była niewielka, więc zająłem tego dnia 7 miejsce (prędkość 91k m/h – najwolniejszy przelot na tych Mistrzostwach :] ).

Łukasz Kornacki Wicemistrzem Polski

Dzień później rozgrywaliśmy czwartą konkurencję – obszarówka 3 godziny 15 minut. Po odprawie przeleciała nam nisko nad głowami dwa razy para Mig-29 z pobliskiego Malborka. Do naszego składu w powietrzu dołączył Czeladź, więc lecieliśmy we trójkę. Tym razem uniknęliśmy peletonu wczesnym odejściem i szybką ucieczką. Po przeleceniu Wisły znów trafiłem dobry komin 3,5 m/s mniej-więcej w tym samym miejscu co dzień wcześniej. Tym razem postanowiłem go dobrze wykorzystać. Kolejne chmury nosiły super – pod każdą wybierałem w 4 metrach, więc lot szedł sprawnie. Po 60 km piękna jazda się skończyła – trafiłem w 3 m/s, wykręciliśmy 1800 metrów, ale trzeba było trochę zwolnić, gdyż górą weszło zachmurzenie, a Cumulusy się przerzedziły i nie wyglądały zbyt pięknie. Nosiły też słabo, więc zdecydowaliśmy się zawrócić. Już w tym momencie obawiałem się, że zabraknie nam kolejnych dwóch stref i przylecimy przed czasem, bo po pierwszym boku wychodziła nam prędkość 120 km/h. Cumulusy na północy wyglądały dużo lepiej i obawialiśmy się, że ci, którzy odeszli po nas i polecą północą, dolecą do końca strefy w dobrych warunkach (i rzeczywiście tak się stało). Po nawrotce dolecieliśmy pod szlak który nosił bardzo ładnie. W dobrych kominach odrabialiśmy straty wysokości. Przed samym końcem strefy Lesiu trafił piękną 4-ke. Po skierowaniu się do kolejnej strefy lecieliśmy na skraju TMA pod ładnym szlakiem.  Dopadło nas trochę zmęczenie bo oboje stwierdziliśmy, że zaczyna nam się lecieć słabo. Dogonił nas na tym boku Czeladź i przejął inicjatywę – dzięki temu nie zwolniliśmy tempa. Na początku ostatniej strefy mieliśmy jeszcze ładną chmurę, ale kolejna w środku strefy już się rozpadała i miała niższą podstawę o kilkaset metrów. Lesiu jednak znalazł pod nią ponad 2 m/s. Dalej nie było już nic sensownego, tylko pełne pokrycie. Nie mieliśmy jednak wyjścia – aby nie przylecieć przed czasem musieliśmy lecieć 12 km do samego końca strefy i wrócić pod tą samą, jeszcze bardziej rozpadniętą chmurę. Nie było wyjścia – trzeba było trochę podkręcić w meterku, choć wiadomo było, że kolejne Cu będą lepiej nosiły. W kolejnym kominie jeszcze trochę podkręciliśmy i poszliśmy na dolot, ja z pod kreski, ale pod szlaczkiem cumulusów dolot się wyrobił.

Łukasz Kornacki Wicemistrzem Polski

Sądziliśmy, że osoby lecące póniej i północą, które nie musiały wlatywać na koniec w słaby termicznie obszar nam dołożą, ale okazało się, że mimo zwolnienia na końcówce wygraliśmy konkurencję. Lesiu był pierwszy z prędkością 104 km/h i ponad minutą przed czasem, ja drugi z tą samą prędkością i 1 sekundą przed czasem :), Czeladź z tą samą prędkością dostał przez współczynnik 8 miejsce. Następnego dnia obszar lotnej pogody przysuwał się do nas zbyt wolno, a na horyzoncie było już widać szybko zbliżające się burze, więc konkurencja została odwołana (ale na gridzie byliśmy jak codziennie).
Ostatniego dnia zawodów polecieliśmy na prędkościówkę 200 km. Jako że prowadziliśmy w tabeli rozważaliśmy różne opcje taktyczne, w końcu jednak zdecydowaliśmy, że polecimy swoje, nikogo nie pilnując i odchodząc kiedy nam się spodoba. Pogoda miała być dobra, więc uznaliśmy, że i tak uciekniemy peletonowi jeśli będzie na nas czekał. Tak się jednak nie stało :(. Pogoda na początku nie była taka jak w prognozach i obawialiśmy się, że nie osiągniemy tak dobrych prędkości jak we wcześniejsze dni, więc nie należy za długo czekać na starcie. Odeszliśmy gdy na skraju linii startu zapracował ładny cumulus. Pierwszy bok leciało nam się nieźle, na punkcie byliśmy trochę nisko i zdecydowaliśmy pokręcić się trochę za punktem – na tym straciliśmy około 3 km. Na początku drugiego boku dogonił nas niestety peleton i wtedy zaczęło mi się lecieć dużo gorzej. Czeladź znowu wysunął się do przodu i utrzymał tempo przelotu na odpowiednim poziomie. W okolicach drugiego punktu noszenia były słabsze i trudniejsze do znalezienia niż wcześniej, ale na trzecim boku znów dolecieliśmy do ładniejszych chmur. Zaraz po ostatnim punkcie trafił się najlepszy komin tego dnia, ale ja zdecydowałem się nie krążyć bo już miałem dolot, a chmury z przodu wyglądały ładnie. Ci którzy krążyli dogonili mnie na samym końcu dolotu, więc wyszło na jedno. Przelot skończyłem z prędkością 102 km/h na 14 pozycji. Mirek wygrał tego dnia i odzyskał trochę punktów do mnie, ale udało mi się obronić drugie miejsce w klasyfikacji generalnej. W ten sposób wywalczyłem tytuł Wicemistrza Polski :).

Łukasz Kornacki Wicemistrzem Polski

Kolejnego dnia pogoda zapowiadała się bardzo ładnie, więc postanowiłem wrócić powietrzem do Płocka (żeby wykorzystać prawdopodobnie mój ostatni dzień lotny w tym roku i nie składać Jantara na Krakusa). Lesiu był tak miły, że pojechał moim samochodem z wózkiem do Płocka. Pogoda pocztówkowa – rzeczywiście wyglądała pięknie, niestety tylko wyglądała. Nad Lisimi miałem dobry komin, a potem nie mogłem nic sensownego znaleźć pod żadną chmurą. Dla odmiany, spodziewając się mocnych kominów, zatankowałem się przed lotem (całe zawody lataliśmy na sucho). Niestety musiałem krążyć praktycznie w każdym napotkanym meterku, żeby nie spaść za nisko. Myślałem, że ze mną jest coś nie tak i dlatego lecę tak słabo, ale Prezes który leciał do Ostrowa i odszedł trochę wcześniej miał podobne problemy. Mimo tego ostrożnego lotu za Golubiem-Dobrzyniem znalazłem się na 300 metrach i w końcu trafiłem -0,2m/s :). Wylałem całą wodę (a miała zostać na kosiaka i filmy), pole było już wybrane, ale po 5 minutach gdy straciłem w tym ‚kominie’ 50 metrów w końcu komin usilił się (chyba siłą mojej woli) do 0,0m/s, po paru minutach 0,5m/s a potem nawet ponad 1m/s. Spędziłem w tym miejscu 20 minut i do końca nie udało mi się tego cuda wycentrować. Później doleciałem do dużo lepszych warunków nad lasami koło Torunia i odtąd lot przebiegał już normalnie. Udało mi się nawet w spokoju pokręcić trochę filmów i porobić zdjęcia.

30 kilometr w przed Płockiem wykręciłem się pod ostatnią chmurą i pozostały dystans zrobiłem w spokojnym powietrzu kończąc ten niespodziewanie męczący przelot długim kosiakiem nad lotniskiem.

Po załatwieniu formalności i zjedzeniu obiadu wróciliśmy samochodem do Lisich, a potem przed północą dotarłem do Gdańska (przejeżdżając w okolicy Warlubia przez bardzo silną burzę ). Przy okazji chciałem podziękować Gosi za wyrozumiałość i wsparcie. Dziękuję też Lesiowi za pomoc oraz za bardzo ciekawe i owocne, wspólne latanie.
Łukasz Kornacki


Poprzedni post
Następny post